niedziela, 8 kwietnia 2012

Zapach burzy uderza mnie w nozdrza.

Zapach burzy uderza mnie w nozdrza. Znów zbierają się nade mną chmury.

Wróciłam, by ją tutaj przeczekać. 
Chcę pamiętać, kim wtedy jestem.

poniedziałek, 14 lutego 2011

żyję nie widując gwiazd

żyję nie widując gwiazd
mówię nie rozumiejąc słów
czekam nie licząc dni

aż ktoś przebije ten mur


{Rafał Wojaczek}

niedziela, 2 stycznia 2011

Piosenki, które śpiewała mi matka.

Marlon Brando, Piosenki, które śpiewała mi matka.

Początek i zakończenie książki.

Gdy schodząc w głąb mojego życia natykam się na te lata i usiłuję sobie przypomnieć, jakie one były, dochodzę do przekonania, że nic nie jest prawdziwie wyraźne. Przypuszczam, że moje pierwsze wspomnienie pochodzi z czasów, kiedy byłem zbyt mały, by wiedzieć, ile mam lat. Otworzyłem oczy i rozejrzawszy się wokół w mysio-szarym świetle, zobaczyłem, że Ermi jeszcze śpi, więc ubrałem się najlepiej jak potrafiłem i stawiając na każdym stopniu najpierw lewą stopę, zszedłem na dół. Idąc na werandę z pewnością szurałem nogami, ponieważ nie umiałem zapiąć sobie sandałków. Usiadłem w słońcu na pierwszym stopniu, na samym końcu 32 Ulicy i czekałem. Musiała to być wiosna, ponieważ wielki wiąz przed domem zrzucał przypominające ważki strączki. W bezwietrzne dni wirowały w powietrzu i miękko dryfując zmierzały ku ziemi.

Siedząc z szyją wygiętą do tyłu tak, że aż otwierały mi się usta, obserwowałem ich kołysanie się w powietrzu i wyciągałem ku nim dłoń, ale żaden z nich nigdy w nią nie wpadł. Gdy któryś upadł na ziemię, znów spoglądałem w górę i błądząc oczami, czekałem na następne magiczne zdarzenie, a prażące słońce wysuszało jasne włosy na mojej głowie. To oczekiwanie na następny cud było równie wspaniałą chwilą jak wszystkie inne, które przypominam sobie z ostatnich sześćdziesięciu lat.


***

Ta historia nie ma żadnego końca. Byłbym szczęśliwy, mogąc go opowiedzieć, gdybym go znał. Tak jak nie mogłem wyobrazić sobie, gdzie byłem przedtem, nim usiadłem pod drzewem wiązu, na końcu 32 Ulicy, z ręką wyciągniętą po magiczne strąki, tak samo jak jestem zagadką dla samego siebie, w świecie, który ciągle mnie zdumiewa. Gdy samo życie jest tutaj niepojęte, nie ma sensu się zastanawiać nad tym, gdzie będę w tym ''nigdy-nie-znanym-które-przyjdzie-potem”. Jestem jednak pewien, że gdy przyjdzie mi wydać ostatnie tchnienie, będę nie bardziej zdumiony, niż byłem wtedy na 32 Ulicy.

Zawsze się uspokajam, ilekroć wyobrażam sobie siebie siedzącego na mojej wyspie Mórz Południowych; wieczorem, w delikatnym powiewie wiatru, z otwartymi ustami i odchyloną do tyłu głową, obserwującego migocące punkty światła i czekającego na tajemniczą smugę, która tak mnie wciąż zachwyca. Nie wyciągam już ręki, ale nigdy nie jestem zmęczony oczekiwaniem na następny cud.

Etykiety:

sobota, 2 stycznia 2010

początek.

Bez wstępnych formalności - zaczynam pisać.
Dla samej siebie, by uporządkować mój mały, żałosny chaos, toteż wszelaką kurtuazję na 'dzień dobry' uznaję za zbędną.

***

Nie wiem, gdzie podziały mi się moje ostatnie dwa tygodnie. Żyłam w stanie odrętwienia. Wyłączyłam się. Wszystko mi jedno. Czternaście dni i nocy zamieniły się w niemiłosiernie długą dobę, z bólem głowy, byle jakim żarciem. 
 
W zasadzie, to nie wiem nawet, kiedy upłynął kolejny rok. Czas kręci się w kółko jak zapętlona płyta. Mijam stałe punkty, pomiędzy którymi są miesiące niczego. Sesja. Dwutygodniowe warsztaty. Znowu sesja. Rok akademicki, miesiące lecą jak tygodnie. Sesja. Ciągle do przodu, przeżyć jeszcze raz to samo.

   I jeszcze raz.  
        I jeszcze raz.  
 
Zgubiłam się w codzienności. W obskurnym, zagraconym mieszkaniu, kolażu z gratów, w dwugodzinnych podróżach autobusem, byle jakim obiedzie, rozmowach odbitych z szablonu. Ciągle ci sami ludzie krążą po mojej małej orbicie.

Coraz mniej pamiętam z przeszłości. Okresy i garstka chwil w każdym z nich. Jaskrawe przystanki, pomiędzy którymi nie było niczego. Cicha chęć posiadania lepszych wspomnień pozwala mi nieśmiało wytuszować to i owo. Powtarzam nową wersję tak długo, aż stanie się prawdziwa, a stara odejdzie w niepamięć, wymazana drobnym kłamstwem.

Zgadzam się powoli na własną zwyczajność. Cierpliwie czekam, kiedy wreszcie stanę się kompletna. Stabilna, dopełniona. Czy ja do tego kogoś potrzebuję? Czy mogę szukać potwierdzenia siebie samej w kimś innym?